15 czerwca 2014

Texel - odpoczynek dla oczu


Czerwiec tradycyjnie już to czas największej liczby wolnych dni w Holandii. Dwa długie weekendy pod rząd - totalna rozpusta w kraju, w którym świąt ze świecą szukać. Czyli raj dla podróżników. Nam niestety z wielu względów w tym roku nie udało się nigdzie wyjechać. Ale za to uskutecznialiśmy jednodniowe wycieczki.I tak w jeden ze słonecznych dni zagnało nas aż na Texel. 


Gdyby komuś ta nazwa nic nie mówiła Texel to jedna z holenderskich wysp na Waddenzee (co na polski tłumaczone jest jako Morze Wattowe). Wyspy te nazywane są przez Holendrów Waddeneilanden, a gdzie indziej Wyspami Zachodniofryzyjskimi (w przeciwieństwie do znajdujących się już w Niemczech Wysp Wschodniofryzyjskich). Wyspy Zachodniofryzyjskie są jednym z najbardziej znanych i lubianych regionów turystycznych w Holandii. Vlieland, Terschelling, Ameland i Schiermonnikoog są nieco spokojniejsze, przede wszystkim ze względu na trudniejszy dostęp. Na każdą z nich można się dostać promem z innej miejscowości we Fryzji, ale przeprawa jest dość droga. Texel to największa wyspa, na dodatek położona w pobliżu stałego lądu, jest więc najbardziej oblegana przez turystów. Podobno nigdy ich tam nie brakuje, chociaż przez większą część roku jest wietrznie i wilgotno. My akurat załapaliśmy się na przepiękną pogodę, dzięki czemu jednak tłumy były niesamowite - nie tylko Holendrów, ale i Niemców, którzy upodobali sobie tę wyspę bardziej niż własne. Na szczęście Texel jest dość duży  by pomieścić wszystkich chętnych - ma nawet własne lotnisko w północnej części o szumnej nazwie Texel International Airport. Większość turystów przybywa jednak drogą wodną. Na Texel można popłynąć promem z Den Helder, najbardziej na północ wysuniętego miasta Holandii Północnej. Przeprawa jest bardzo wygodna: zajmuje około pół godziny, promy kursują od wczesnego ranka do późnego wieczora co godzinę w każdą stronę. Za samochód osobowy w obie strony zapłaciliśmy 36 euro. Ale można auto pozostawić w Den Helder i wtedy zapłacimy 2,50 za osobę w każdą stronę. To całkiem wygodnie rozwiązanie dla miłośników rowerów. Na Wyspach Fryzyjskich używa się głównie ich - całkowita długość dróg rowerowych na Texel to 140 km. Większość turystów wybierając się na wyspy zakłada poruszanie się na rowerach - wypożyczalnie są w każdej miejscowości. Przy promie też można wypożyczyć. Ale cóż, my jesteśmy wygodni - w ciągu jednego dnia na rowerach z dzieciakami nie dojechalibyśmy nawet na koniec wyspy. Co innego, gdy wybierzemy się tam kiedyś na dłużej. 





Texel jest naprawdę piękny. Południowo-wschodnia część wyspy to płaski polder, który ma zastosowanie rolnicze, ze szczególnym uwzględnieniem hodowli owiec. 






Wybrzeże od strony Morza Północnego to przepiękne szerokie piaszczyste plaże i obrośnięte niską roślinnością wydmy.  W północnej części wyspy są chronione w ramach parku narodowego. I w tamtą właśnie stronę się udaliśmy. 








Dojechaliśmy do samego krańca, za wioskę Cocksdorp aż do latarni morskiej na cyplu. Jest to wyjątkowo urokliwe miejsce. Cypel można obejść, bo z trzech stron są szerokie plaże. Od strony morza oczywiście wiatr był potężny, ale słońce przygrzewało też mocno. W czasie przypływu można dość daleko brodzić w płyciutkiej wodzie. Od strony Waddenzee, czyli  stałego lądu piaszczyste łachy ciągną się dość daleko. Na Texel to chyba niemożliwe, ale z którejś z Wysp Zachodniofryzyjskich można podobno przedostać się na ląd w czasie odpływu - urządzane są specjalne wycieczki z przewodnikiem po błocie. 



















Załapaliśmy się na odpływ, więc mogliśmy podziwiać wyrzucone przez morze muszle, kraby i meduzy. 





Szczególnie te ostatnie były wyjątkowe. Zdaje się, że w ogóle jest właśnie sezon na meduzy, ale te na Texel "są jakieś inne". Na przykład fioletowe jak atrament. Albo ogromne. Widzieliśmy nawet takie o średnicy koło 40 cm. To tzw. reuzenkwallen (meduzy olbrzymie) nazywane też zeepaddenstoelen, czyli grzybami morskimi. Jest to ponoć największy gatunek meduz w Morzu Północnym; zwykle giną  zimą, ale że ostatnia zima była bardzo łagodna, to zamiast zemrzeć wyjątkowo wyrosły i od kilku tygodni można je wyczaić na plażach, zwłaszcza na Texel.







I jeszcze jakieś inne ciekawe galaretki - takie jak na tym zdjęciu. 





Wyglądają jak galaretowate pęki robaków. Muszę powiedzieć, że długo się zastanawiałam, co to właściwie jest i w końcu znalazłam. To klastry jaj kałamarnic. Okazuje się, że nawet kilka kałamarnic składa jaj w takich właśnie galaretowatych połączonych rurkach. W każdej może być nawet do 100 jaj, które są dość słabo widoczne, bo przezroczyste. 


Texel to także wielkie siedlisko ptaków. Zwłaszcza w okresach wędrówek jest ich podobno mnogość. Siedzą sobie wtedy na malowniczych mokradełkach położonych od strony Waddenzee. Naturalnie teraz w czerwcu nie spotkaliśmy aż tylu ptaków, właściwie tylko mewy i rybitwy. 





Za to na wydmach pełno jest królików. Holandia w ogóle obfituje w króliki, ale na Texel naprawdę jest ich zatrzęsienie. Trafiają się i bażanty, które statecznie spacerują sobie między trawami. Niestety nie udało się nam zobaczyć fok, które podobno też upodobały sobie Waddeneilanden; no cóż, może kiedy indziej...









Po południu udaliśmy się do największej miejscowości na wyspie: De Koog. Jest to typowa turystyczna wieś, ruchliwa i gwarna, pełna pensjonatów, kramów, sklepików i restauracji. Chociaż całkiem ładna, dawno utraciła swój oryginalny rybacki charakter. Na pewno jest to dobra baza noclegowa podczas pobytu na Texel, bo w De Koog jest najlepsza infrastruktura a centralne położenie sprawia, że do każdego miejsca na wyspie można dotrzeć na rowerze. 








My poprzestaliśmy na zjedzeniu smacznej ryby. I pojechaliśmy jeszcze do położonej na południowo-zachodnim krańcu, w pobliżu przystani promowej, wsi Den Hoorn. To miejsce zdecydowanie z dawnym klimatem Texel. Wieś niewielka, do której zaglądają nieliczni turyści. Pełna starych domów. Zauważyłam, że stare wiejskie domy na Texel mają inny kształt niż na stałym lądzie: są mianowicie zbudowane na planie kwadratu z czterospadzistym dachami. W Den Hoorn ostał się też kościół zbudowany w XVII wieku. Po obejrzeniu całej wsi zakończyliśmy naszą wycieczkę - czekała nas jeszcze przeprawa i półtoragodzinna jazda do domu. Zdecydowaliśmy, że wkrótce przyjedziemy na Texel na kilka dni, żeby spokojniej popodziwiać wyspę i poobcować z przyrodą.











3 komentarze:

  1. Pięknie tam!
    Na Texel jeszcze nie byłam, ale znam inne wysepki Morza Północnego i są równie bajeczne.
    Pozdrawiam.
    O.

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłam w zeszłym roku, na promie załapałam się na promocję i bilet był na auto o 10euro tańszy. To był jakiś dzień pracujący w tygodniu.
    Ale najbardziej zaskoczono mnie w restauracji koło latarni gdy zapytałam o sałatkę rybna ale bez glutenu (celiakia) i pani powiedziała że oczywiście i dorzucila chleb bezglutenowy wieloziarnisty, i masło ziołowe. Byłam bardzo zaskoczona bo w końcu restauracja nie musi posiadać takiej wybiorczej żywności, a tu taka niespodzianka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to rzeczywiście super z tą restauracją! Ja akurat nie mam podobnych problemów, więc nigdy nie pytałam w restauracjach. Ale moja przyjaciółka, która nas czasem odwiedza, też ma celiakię i kupując jedzenie z myślą o niej patrzę na oznaczenia na opakowaniach. I na szczęście w Holandii prawie wszystkie produkty (włącznie z wędliną) mają odpowiednie znaki. To znacznie ułatwia zakupy, bo jak wiadomo nieraz są rozmaite dziwaczne dodatki, które mogłyby komuś zaszkodzić.
      Pozdrawiam serdecznie i dzięki za pomocne informacje!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...