19 marca 2015

Zaćmienie czy blackout?

Oglądacie czasem zaćmienia słońca? Ja tak. Na razie najbardziej spektakularne było to w 1999. Nad Polską wprawdzie niezupełnie całkowite, ale jednak głębokie. Kolejne tej klasy będzie w najbliższy piątek (20 marca). Całkowite zaćmienie będzie można obserwować w rejonie bieguna północnego - najlepiej na Spitsbergenie, Islandii, Wyspach Owczych. U nas w Holandii (podobnie jak w Polsce północnej) zasłonięte będzie powyżej 80% tarczy słońca. Najwięcej wzdłuż wybrzeża - od Rotterdamu do Groningen - 84,7%. U nas niewiele mniej bo 84,2 (maksimum dokładnie o 10:37). Wprawdzie zaćmienie to nic nadzwyczajnego, bo zdarza się kilka razy do roku. Ale zwykle częściowe i tylko na pewnych obszarach Ziemi, czyli najczęściej z daleka od nas. Podobno w konkretnym punkcie Ziemi całkowite zaćmienie zdarza się co 360 lat. Ostatnie całkowite zaćmienie objęło Holandię 3 maja 1715 roku. Następne spodziewane jest  7 listopada 2135. Czyli się nie załapiemy. Nic to, trzeba się cieszyć tym, co jest.


źródło

No właśnie, cieszyć. Holendrzy wcale się nie cieszą. W każdym razie oficjalnie. Raczej panikują, zwłaszcza dziennikarze. Niby dlaczego? Zaćmienia bywały nie raz i nic. Ptaki wprawdzie chwilowo nie ćwierkają, psy szczekają a tulipany i krokusy zwiną się na pewno, ale przecież tylko na kilkanaście minut. Więc o co chodzi? To taki trochę milenijny strach. Pamiętacie jak przed wejściem w XXI wiek obawiano się awarii systemów komputerowych i w związku z tym wielkiego chaosu? No właśnie. Na jutro spodziewany jest... spadek napięcia. Spodziewany przez media oczywiście. Moim zdaniem mocno na wyrost. Holandia nie jest w końcu liderem w korzystaniu z energii odnawialnej. Panele słoneczne dopiero niedawno zaczęły się robić popularne, są montowane głównie w prywatnych domach i w ogóle nie ma ich za wiele. A już na pewno nie służą do wytwarzania prądu na dużą skalę. Między innymi również dlatego, że w Holandii jest niewiele słonecznych dni, co wpływa na ich efektywność. Zarząd sieci energetyczne szacuje więc, że o ile piątek będzie dniem słonecznym, straty wyniosą około maksymalnie 500 megawatów, czyli tyle ile produkuje jedna duża elektrownia. A przecież z dużym prawdopodobieństwem dzień wcale nie będzie słoneczny. Panika dziennikarzy wynika więc raczej z obaw związanych z połączeniem systemów energetycznych Europy. Niektóre kraje już całkiem sporo prądu wytwarzają z energii słonecznej. Zwłaszcza sąsiedzi, czyli Niemcy. Całkowita strata może wynieść aż 34000 megawatów. I to w tym samym momencie na całym kontynencie. Co oczywiście grozi wielkim blackoutem (media!).


To tylko panika. Fakt, w Niemczech może "wypaść" w ten sposób 10-20 elektrowni. Ale przecież tylko na kilkanaście minut! Nie na 2 godziny, jak twierdzą niedouczeni dziennikarze. Poza tym i Niemcy i Holandia mają niezwykle stabilne systemy przesyłowe, doskonale zabezpieczone przed spadkami napięcia. Inwestowano w nie przez wiele lat. A dzięki połączeniu systemów pewnie uda się zapewnić prąd wszędzie. Ewentualnie grozi nam niewielki krótkotrwały spadek napięcia. I to właśnie spędza sen z powiek władzom Holandii w tym tygodniu. Nie tam jakiś Putin, wojna  na Ukrainie czy zamach w Tunezji. Najważniejsze jest to, ile pieniędzy może stracić holenderska gospodarka w ciągu tych dwóch kluczowych godzin. Dwudziesty stopień zasilania? To będzie nowe doświadczenie dla tej części Europy. Może trzeba im na wszelki wypadek pokazać  jakiś film Barei...


Miłego oglądania!


P.S. Fajne mapki i ciekawe fakty o jutrzejszym zaćmieniu oraz linki do stron, na których można będzie obejrzeć zaćmienie online (wszystko po holendersku) można znaleźć na stronie http://www.zonsverduistering.nl/eclips2015maart.html


20 komentarzy:

  1. Może Holendrzy policzyli opłacalność paneli z energii słonecznej i wyszło im, że nie są opłacalne, chyba, że państwo dotuje:-) W zeszłym roku rozmawiałam z Japończykiem w Japonii, który zajmował się testami paneli - nawet na kilka lat założyli je sobie na domu. I tak naprawdę po paru latach się wycofali bo się nie opłacało używać paneli.
    Znając oszczędność Holendrów może już to przekalkulowali? :-)
    Pozdrawiam T.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno. Dlatego na skalę przemysłową nie używają (jako elektrowni) - wiatr jest tu zdecydowanie bardziej opłacalny. A w domach jednak coraz więcej zakładają. Oczywiście tylko z dotacją. Nie jestem pewna, kto dopłaca (państwo czy UE), ale przed półtora rokiem mniej więcej zaczęłam dostawać masę reklam od firm specjalizujących się w panelach. I na wszystkich ulotkach stało, że sami załatwiają dopłatę, więc cena do przełknięcia. Tyle, że chyba nie prędzej niż po 10 latach się zwróci. Na moim podwórku tylko jeden sąsiad założył, ale nie pytałam, czy się opłaca. Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Na polskiej wsi chodziły osoby oferujące wiatraki. Nie znam szczegółów ale oferowali kredyty bankowe na tą inwestycję i warunki były takie, że miesięcznie właściciel musiał odsprzedawać energię do dostawcy energii, i potem on sam brał energię od dostawcy.
      Z reakcji osoby, która dostała taką ofertę to wiem, że ją odstraszył sam kredyt (=kłopoty). W jego miejscowości (ok.2tys osób) jedna osoba przyjęła ofertę.
      Pozdrawiam T.

      Usuń
    3. Też coś o tym słyszałam. Poza kredytem miał być jeszcze jeden problem: bardzo duża różnica cen pomiędzy energią sprzedawaną a kupowaną przez właściciela wiatraka. Cena, którą otrzymywać za energię wpuszczaną do sieci to ok. 30% ceny energii odbieranej. Więc opłacalność chyba niezbyt duża.

      Usuń
    4. Faktycznie tez ten pan o tym wspominał, aczkolwiek zapamiętałam jego oburzenie proponowanym kredytem. Kredyt na kilka lat, i tak naprawdę gdyby jeszcze była jakaś perspektywa odzyskania tego albo zarobienia na tej inwestycji.
      Zarabial bez ryzyka pośrednik tej inwestycji, i bank.
      Pozdrawiam T.

      Usuń
  2. Nawiązując do wyboru szkoły:
    Rodzice wybrali dla syna najlepszą szkołę. Rano dziadek poszedł odprowadzić wnuka na lekcje. Gdy weszli na szkolne podwórko, zostali natychmiast okrążeni przez dzieci.
    – Jaki pokraczny starzec! – roześmiał się jakiś chłopiec.
    – Grubas! Grubas! – dworowała sobie reszta dzieciaków.
    Dziadek zabrał wnuka i opuścił teren szkoły.
    – Hura! Nie pójdę do szkoły! – ucieszył się chłopiec.
    – Pójdziesz, ale nie do tej, – powiedział dziadek. – Sam znajdę dla ciebie szkołę.
    Dziadek odprowadził chłopca do domu i powierzył go opiece babci, a sam wyruszył na poszukiwania szkoły. Wchodził do każdej i czekał, aż będzie przerwa. W niektórych szkołach nikt nie zwracał na niego uwagi, w innych – przedrzeźniano go i szydzono. Dziadek odwracał się i wychodził. Wreszcie zawędrował na maleńkie podwóreczko niedużej szkoły i zmęczony oparł się o ogrodzenie. Zaczęła się przerwa.
    – Dziadku, źle się czujesz? Przynieść ci wody? – usłyszał nagle dziecięcy głosik.
    – Dziadku, mamy tu ławkę, pomogę ci usiąść, – zawtórował inny dziecięcy głosik.
    – Zawołajmy nauczyciela! Dziadek potrzebuje pomocy! – krzyknął jakiś chłopiec i wbiegł do szkoły, a po chwili wrócił z młodym mężczyzną.
    Dziadek odpoczął, napił się wody, a nauczyciel odprowadził go na przystanek i pomógł wsiąść do autobusu. Wieczorem dziadek oznajmił rodzicom chłopca:
    – Znalazłem dla mojego wnuka najlepszą szkołę. Jest maleńka i ciasna, ale ma najlepszych nauczycieli.
    – Skąd możesz to wiedzieć, – spytała synowa, – skoro sam jesteś analfabetą?
    – Szkołę poznaje się po uczniach – odparł dziadek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetna anegdota. Dziękuję! I zgadzam się. Też staraliśmy się zwracać uwagę na uczniów. W niektórych szkołach wydają się nieco zbyt aroganccy. Ale ja oczywiście oceniam z perspektywy osoby z innego pokolenia i jeszcze na dodatek "obcej kulturowo". Nie bez powodu sama jestem tu oceniana jako konserwatywna, a moje dzieci jako "nieco staroświeckie". Cóż, "po owocach ich poznacie"... Mam nadzieję, że intuicja nie zawiodła Misi ani nas. Czy dobrze wybraliśmy, okaże się za jakiś rok.

      Usuń
    2. Dlaczego jesteście oceniani za "konserwatywnych" i "staroświeckich"? Jakie kryteria są brane pod uwagę przy takiej ocenie? I to Holendrzy tak uważają?
      Pozdrawiam T.

      Usuń
    3. Chyba za dużo zasad mamy. A nasze dzieci za bardzo się przejmują innymi ludźmi i dobrem społecznym. I jeszcze o tym mówią. Nie żeby Holendrzy sami tak nie postępowali. Ale już nie w tych pokoleniach. Szkoły zresztą też się ocenia po tym, czy mają "tożsamość religijną", którą eksponują i czy "wyznaczają granice". I pewnej grupie ludzi wciąż na tym zależy, ale większość niespecjalnie się tym przejmuje.

      Usuń
    4. W ojczyźnie Spinozy religia jest widziana jak ograniczenie, blokowanie ludzkich możliwości a nie jak "wyznaczanie granic". Swoją droga ciekawe czy Spinoza przewraca sie w grobie bo kiedyś potępiany przez Holedrow a dzis w sumie większość prezentuje podobne stanowisko:-)
      Pozdrawiam T.

      Usuń
    5. Fakt, że większość Holendrów od religii stroni. Ale tak czy owak około 70% szkół jest prowadzonych przez fundacje/stowarzyszenia o korzeniach religijnych. I co dość dziwne szkół katolickich jest równie dużo, co protestanckich (a te jeszcze różnych odłamów). I ta bardziej zorientowana na wartości niż na pieniądze część ludzi posyła dzieci do tych właśnie szkół. Moje dzieci chodzą akurat do szkoły protestanckiej, która taką filozofię prezentuje. Oczywiście większość szkół przyjmuje wszystkie dzieci i nie w każdej cokolwiek o religii się mówi. A co do Spinozy, pytanie czy ktoś o nim tu słyszał. Na razie w szkole takie nazwisko nie padło.

      Usuń
    6. Ale nie mają religii jako przedmiot nauczania w szkole? Czy odmawiają modlitwę przed matematyką zwłaszcza? :-)
      Może Spinoza pojawi się w starszych klasach, jeśli w ogóle w planie nauczania występuje.
      Pozdrawiam T.

      Usuń
    7. W naszej szkole nie ma modlitwy. Religia jest, ale zupełnie inna od naszego wyobrażenia o tych lekcjach. Religia jest w pewnym sensie połączona z czymś odpowiadającym polskiej lekcji wychowawczej. W każdym tygodniu jest tzw. hasło tygodnia, które ma związek z jakąś wartością, sposobem postępowania albo świętem. Temat ten jest dyskutowany, a taka rozmowa zaczyna się od czytania historii biblijnych lub na nich opartych. Dla mniejszych dzieci są fragmenty Biblii "przetłumaczone" na współczesny i to uproszczony język oraz rozmaite czytanki, w których opowieści z Biblii są wykorzystane tylko jako podstawa, ale historyjka jest współczesna. 10-12latki czytają czasem bezpośrednio z Biblii. Zresztą w 6 klasie w naszej szkole każde dziecko dostaje w prezencie Biblię. W trakcie czegoś na kształt polskiego apelu śpiewają też piosenki typu Arki Noego. Natomiast nie ma nauki żadnych przykazań, katechizmu itp. Nic na temat kościoła jako takiego. Swoją drogą zupełnie inne niż w Polsce jest też przygotowanie do sakramentów. Ale to już temat na cały post. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  3. media muszą przecież o czymś pisać i tu chyba jest sedno. nie ma się co rozwodzić nad takimi jak to całkowicie naturalnymi zjawiskami. one były, są i będą, więc o co cały szum? ;) i można je bardzo dokładnie przewidzieć, więc przeróżne systemy powinny być na to przygotowane :) a samo zaćmienie oglądałam oczywiście, dla mnie, astronoma, to gratka. pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano muszą. Może nie było akurat zbyt dużo wydarzeń sportowych i w królewskiej rodzinie akurat nic ważnego. Oglądania zaćmienia Ci odrobinę zazdroszczę, u nas za gruba warstwa chmur była. Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Czy to prawda, że zapowiadany blackout się opóźnił o cały tydzień: http://www.tvn24.pl/powazna-awaria-w-amsterdamie-przekierowane-i-odwolane-loty,528166,s.html :-)
    Pozdrawiam T.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano prawda! Chociaż wydaje mi się, że ten blackout nie ma nic wspólnego z zaćmieniem. Ale rzeczywiście jest poważny. U mnie wszystko działa. Ale w Amsterdamie było całkiem ciemno. Zresztą również w Haarlem, Alkmaar, Lelystad, czyli w Północnej Holandii i Flevoland. Przyczyną jest podobno awaria dużej stacji transformatorowej w Diemen. Prąd padł na tyle, że cały Amsterdam zamknął wszystkie szkoły, nikt nie pracował, szpitale jechały na generatorach itd. Schiphol nie działa do tej pory - podobno ustawiła się długa kolejka chętnych do lądowania samolotów, które przez jakiś czas wisiały nad morzem, a potem zaczęto przekierowywać. Jako że na Schiphol jest lądowanie co 30 sekund, to musieli zrobić niezły bałagan lotniczy w całej Europie. Oprócz tego nie jeździły pociągi - i to w dużej części kraju. Musieli zatrzymać od Utrechtu z naszej strony do Leiden na płd-zach i całą północ. Podobno opóźnienia będą do wieczora. Oczywiście kupa ludzi rzuciła się na auta i było znacznie więcej wypadków na autostradach. Ruch jest większy niż zazwyczaj. Straż walczyła też długo z ludźmi uziemionymi w windach. Zgłoszeń różnego rodzaju było tyle, że radio krzyczało, żeby nie dzwonić na 112 z wyjątkiem sytuacji zagrożenia życia.

      Teraz jest już pod całkowitą kontrolą. Moje prywatne źródła mówią, że w Amsterdamie prąd już jest. Ale oczywiście bałagan będzie do wieczora. No cóż, mam nadzieję, że nikomu nic poważnego się nie stało. A Tennetowi (zarządcy sieci energetycznych) przyda się trochę pokory, zwłaszcza po zapewnieniach z zeszłego tygodnia, że sieć jest absolutnie stabilna.

      Usuń
    2. Holendrzy sobie poradzą, zaraz pewnie powstaną wytyczna aby takim awariom zapobiec.
      20km od Amsterdamu zasilania nie było 30 minut. Niektórzy nie wypili porannej kawy:-) Zarobiły taksówki:-) Ktoś zyskał, ktoś stracił jak to w Holandii.
      Ale jestem zniesmaczona brakiem profesjonalizmu Francuzów po katastrofie w Alpach. Profesjonalne badanie wypadku lotniczego wygląda zupełnie inaczej. Najpierw zbiera się dowody a potem wyciąga wnioski. I nie robi się tego w kilka dni. Pozbieranie dowodów zajmuje trochę czasu.
      W 2009r była katastrofa Air France nad Atlantykiem. W pierwszej fazie też uznano pilotów za winnych. Ale rodziny ofiar i piloci wymusili wyłowienie wraku i zbadanie sprawy. Okazało się, że piloci często zgłaszali takie zachowanie się samolotu na tej wysokości - błąd czujnika (rurka Pitota) - zamarzał na pewnej wysokości. Air France miało wytyczne od producenta czujnika na wymianę go we wszystkich modelach ale tego nie zrobili.
      Bardzo łatwo zwala się winę na tych co już nie mogą się bronić dlatego tak bardzo ważne jest rzetelne badanie wypadku lotniczego aby móc likwidować zagrożenia.
      Pozdrawiam T.

      Usuń
    3. Pewnie, że sobie poradzą. Ale to mały kraj, więc efekt dość spektakularny. Reperkusje trwają do teraz. Odwołano wiele spotkań, zajęć, treningów - wszystko z powodu kłopotów komunikacji publicznej. Też dostałam koło 4 wiadomość, że zajęcia Misi są o 18:00 są odwołane. A mój mąż jeszcze nie wrócił z pracy - stoi już ponad 1,5 godziny w korku na A1 (trasa Amsterdam-Apeldoorn), co normalne o tej porze nie jest.

      W samolotach to się nie za bardzo orientuję. Myślę, że często działają emocje. I to również u osób, które nie powinny się nimi kierować. Ale tak to już jest. Dotyczy to również załóg samolotów. Niby opowiadają w mediach, że mają procedury, instrukcje itd, a jak przyjdzie co do czego, to też działają emocjonalnie. Kiedyś mój tata uczestniczył w takim zdarzeniu lotniczym: w jumbojet-cie KLM zepsuły się 2 silniki (potem się okazało, że również pompa paliwa), piloci jeszcze jakoś sobie poradzili, chociaż z niewiadomych względów postanowili zawrócić do Amsterdamu znad Bałkanów, podczas gdy mieli o wiele bliżej do pierwszego lotniska docelowego na Cyprze, nie wspominając o innych lotniskach w pobliżu. Ale stewardesy spanikowały na całego. Po poinformowaniu pasażerów o awarii przypięły się pasami i siedziały trzymając się kurczowo foteli. Co oczywiście wprowadziło jeszcze bardziej nerwową atmosferę. Były w takiej panice, że nawet nie zablokowały wózków z jedzeniem, które zaczęły się kulać wzdłuż przejść. Na szczęście awaryjne lądowanie dobrze się skończyło. Ale brak profesjonalizmu był zaskakujący. Więc może komisje badające katastrofy też mają za małą odporność na to, co widzą i nie mogą się otrząsnąć. -:)

      Usuń
    4. No to faktycznie skutki są długofalowe, mała przerwa a jeszcze w korkach.

      W Polsce jest tak, że komisja badania wypadków lotniczych to zupełnie inny organ niż prokuratura. W skład komisji wchodzą specjaliści z różnego obszaru tworząc różne podkomisje. Cała komisja współpracuje ze sobą, to jest bardzo żmudna praca, czasem wielomiesięczna. Zanim nie przeanalizują wszystkich dowodów, starają się nie stawiać żadnych przypuszczeń co do przyczyny. Właśnie po to tak robią, żeby czegoś ważnego nie przeoczyć. Komisja może wykonywać mnóstwo badań, testów aby mieć pewność, w jaki sposób doszło do katastrofy. Komisja buduje raport, wskazuje przyczyny (zwykle jest ich kilka) i wnioski. Komisja nie wskazuje winnego, robi to już prokurator na podstawie dowodów. Każda osoba z komisji podpisuje ten dokument i jeśli się nie zgadza z jakimś punktem to zapisuje to w tym raporcie. Waży się każde słowo zapisane w raporcie. Prokurator współpracuje z komisją i on też bada swoje wątki. Raport jest dostępny publicznie, i jest też wersja w języku angielskim.

      W tym przypadku wydano już wyrok choć tak naprawdę prace komisji się dopiero zaczęły. Już nikt nie mówi o drugim rejestratorze. Jego zapis mógłby potwierdzić, że pilot w danym czasie włączył "ten przełącznik", albo wykluczyłby awarię w kabinie, która doprowadziła do utraty przytomności pilota itd. To wszystko się sprawdza. Wszystko jest ważne, i wszystko się składa w całość.
      Może i ten pilot tak zrobił jak oni podają ale to co Francuzi teraz przedstawiają jest nieprofesjonalne. Mam nadzieje, że nie jest to celowe ich działanie aby odsunąć uwagę mediów od przeglądów samolotu (są producentem) - tutaj też się wszystko sprawdza. Czasem niektóre wypadki właśnie zaczynają się od źle przeprowadzonego przeglądu: od źle wkręconej śrubki.

      Jest takie powiedzenie, że "lotnictwo jest krwią pisane". W lotnictwie nie można chodzić na skróty, bo się to zemści i ofiar może być więcej. KLM to najstarsza zarejestrowana linia lotnicza. Jest bardzo ciekawa książka "los jest myśliwym" o historii powstawania pasażerskich linii lotniczych w USA. Książka jest napisana trochę topornym językiem ale zawiera bardzo ciekawe historie. Autor książki jest byłym pilotem, w pewnym momencie zrezygnował z latania, w tamtych czasach piloci umierali młodo w wypadkach lotniczych.

      Co do zachowania się personelu pokładowego pod wpływem stresu to faktycznie bywa różnie. Najważniejsze, że piloci nie spanikowali, zrobili swoje i mimo wszystko było bezpiecznie:-)

      Pozdrawiam T.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...