6 października 2015

Ogień i woda - wokół Islandii cz. 5

Kolejne dni spędziliśmy na północy Islandii. Z każdym dniem robiło się bardziej słonecznie, chociaż jeszcze mocno chłodno. Ale duża dawka słońca już daje power na długotrwałe zwiedzanie. Na sen przeznaczaliśmy minimalną ilość czasu, zwłaszcza, że w lipcu właściwie nie robiło się ciemno. Słońce zachodziło wprawdzie na parę godzin, ale niebo zawsze pozostawało szare. 





Północ nie jest zbyt gęsto zaludniona, a i turystów tutaj nie za wiele. Godzinami można jechać prawie pustymi drogami za całe towarzystwo mając owce i konie. Tutejsza przyroda jest niesamowita. Jadąc z zachodu najpierw mijaliśmy liczne fiordy, o coraz wyższych i bardziej stromych brzegach. Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić obejrzenia turystycznych highlightów. Żeby chociaż trochę zapoznać  się z tą częścią kraju objechaliśmy półwysep Vatnsnes rozciągający się pomiędzy fiordami Miðfjörður i Húnafjörður. Fiord ten jest bardzo szeroki, ale płytki, spod wody wystają wielkie łachy czarnego piasku. Jego brzegi są długo bardzo niskie, aż nagle robią się strome, a nad wodę wyrastają fantazyjne skały. Najsłynniejsza z nich, Hvitserkur, jest wyjątkowo malownicza. Stoi sobie samotnie na brzegu, jakby zupełnie do niego nie pasując. Kiedy wody jest mało można nie tylko przejść pod jej łukami, ale i spacerować po plaży, obserwując kraby. 











Dalej w kierunku cypla półwyspu znów robi się płasko. Po jego drugiej stronie ulokowały się liczne kolonie fok. Właściciele terenów, na których się znajdują, starają się stworzyć infrastrukturę, która z jednej strony umożliwi turystom oglądanie zwierząt, a z drugiej będzie przyjazna dla fok. Zbudowano więc parkingi, toalety, ścieżki prowadzące nad brzeg, a nawet budki obserwacyjne z lornetkami. Ale chodzenie po brzegu poza tymi ścieżkami jest zabronione, żeby fokom nie przeszkadzać. Zresztą na szczęście wolą one wylegiwać się na oddalonych o kilkanaście metrów od brzegu skałach. Oglądanie fok z tak dużej odległości było trochę rozczarowujące dla dzieci. Zresztą nie tylko dla nich: spotkani na parkingu ludzie ostrzegli nas, że do fok trzeba daleko iść, a one "właściwie nic nie robią, tylko leżą na brzegu". Ciekawe, co miałyby robić. Nie słyszałam, żeby foki miały zwyczaj robić coś poza pływaniem, łowieniem ryb i wylegiwaniem się na brzegu. No chyba że tresowane, w fokarium... 






Po odwiedzeniu fok kontynuowaliśmy podróż w stronę Akureyri. Im bliżej do tego miasta, tym bardziej krajobraz przypomina Alpy. Wysokie góry o swojskim, europejskim wyglądzie, pokryte nawet w środku lata śniegiem. Akureyri to największe miasto w północnej Islandii. Metropolia, można by rzec. Siedziba drugiego co do wielkości islandzkiego uniwersytetu i jednocześnie największy ośrodek narciarski. Do Zakopanego mu daleko. A jak funkcjonuje uniwersytet w mieście o populacji 17 tysięcy mieszkańców, to w ogóle przekracza moje pojęcie. Co nie zmienia faktu, że w Akureyri jest nawet uniwersytecki ogród botaniczny (prawie na kole podbiegunowym!) oraz całoroczne lotnisko z pasem startowym zbudowanym ... na wodach fiordu. Akureyri jest bowiem przepięknie położone nad głębokim fiordem o stromych górzystych brzegach. Lotnisko ma bezpośrednie połączenia z kilkoma miastami europejskimi, a do portu prawie każdego dnia lata wpływają olbrzymie wycieczkowce. Miasto ma swój urok - wynikający nie tylko z położenia, ale również urody centrum, w którym królują kolorowe domy w starym skandynawskim stylu. Centrum miasta żyje przez całą dobę, czego nie można powiedzieć o reszcie. To niewiarygodne, ale w tygodniu supermarkety otwierane tu są o 11:30 i zamykane o 17:00! Za to w centrum liczne restauracje, bary i kluby działają prawie przez całą dobę, a życie studenckie jest wyjątkowo bujne. Podobnie jak w każdym innym islandzkim mieście w Akureyri też jest kościół o niestandardowej architekturze - oczywiście na wzgórzu górującym nad centrum miasta. 














W Akureyri założyliśmy sobie bazę na kilka dni i stamtąd ruszaliśmy dalej na wschód. Dzięki temu kilkukrotnie w różnych warunkach atmosferycznych obejrzeliśmy panoramę miasta i fiordu oraz północnoislandzkie góry. 








Kilka dni spędziliśmy w okolicy jeziora Myvatn (ale o tym w kolejnym poście), a oprócz tego wybraliśmy się do Husavik. To urocze nadmorskie miasteczko, położone wyjątkowo nie nad fiordem, a nad szeroką zatoką Skjálfandi 
o wysokich brzegach. 








Oprócz tego, że jest - podobnie do Stykkisholmur - bardzo fotogeniczne, słynie z wielorybów. Podobno firmy organizujące kilka razy dziennie whale watching osiągają 98% sukcesu łowieckiego. Dlatego postanowiliśmy właśnie tam wybrać się na wieloryba. Podobno wszystkie 3 firmy oferujące rejsy są równie dobre, my wybraliśmy Gentle Giants, którą mogę z czystym sumieniem polecić. Udało się wyśmienicie. Tego dnia po raz pierwszy niebo słońce mocno przygrzewało, dzięki czemu zyskaliśmy pierwszą arktyczną opaleniznę. Bilety mieliśmy zarezerwowane - w szczycie sezonu jest to wskazane, bo wszystkie lodzie wypływające z portu są pełne.  I nie tylko zobaczyliśmy, ale obserwowaliśmy przez 1,5 godziny wieloryba, który prezentował się co kilka minut w całej okazałości. Na dodatek nie był to najpowszechniejszy wokół Islandii malec płetwal karłowaty (minke whale), ale sporo większy humbak. Ten, którego oglądaliśmy, miał około 14 metrów i wielką płetwę ogonową, biało-czarną z charakterystycznym unikalnym wzorem. Wynurzał się dość często, co jakieś 5-6 minut, wcześniej wypuszczając piękne fontanny. Pod koniec rejsu zobaczyliśmy go z całkiem bliska, prawie na wyciągniecie ręki. To był szczególny prezent urodzinowy dla Misi, która właśnie tego dnia skończyła 12 lat. 










Z Husavik pojechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów na północ wzdłuż zatoki. Szukaliśmy klifów pełnych skamienielin - wszyscy jesteśmy fanami odkrywania ich w kamieniach. Mimo dość dokładnych wskazówek z różnych źródeł najprawdopodobniej nie udało się nam dotrzeć do właściwego miejsca. Cały brzeg był niestety poogradzany - drogi dojazdowe prowadziły tylko do kolejnych domów. Między nimi odkryliśmy maleńkie regionalne muzeum w starym darniowym domku. 








Zrealizowaliśmy za to kolejny punkt programu, czyli odwiedzenie kolonii maskonurów. Te niewielkie ptaszki, o pięknych ostrych kolorach, są jednym z symboli Islandii. Przygotowując się do wakacji zafascynowaliśmy się ich niesamowitym wyglądem. Zwłaszcza dzieci postanowiły nie odpuszczać, dopóki ich nie zobaczymy. Ale nie jest to łatwe, bo raczej unikają ludzi. Szukaliśmy więc wszelkich wzmianek o łatwo dostępnych miejscach, gdzie mogło by się nam udać. Najprościej oczywiście byłoby zapisać się na rejs na Flatey Island  (właśnie z Husavik) albo na południowe wyspy, gdzie są ich olbrzymie kolonie. Ale na to nie mieliśmy czasu ani środków. W czasie naszej wyprawy wielorybniczej widzieliśmy kilka maskonurów latających na łowiska - niestety z dość daleka. Za to udało się nam odnaleźć tajemne miejsce na klifach zatoki Skjálfandi, gdzie gniazdują. Przejście było oczywiście zagrodzone, być może ze względu na trwającą akurat porę lęgową. Musieliśmy pokonać płoty, ale odnieśliśmy sukces. Na urwistym brzegu znaleźliśmy wielką kolonię maskonurów. Swoją drogą, jakoś ładniejsze wydają mi się ich nazwy w innych językach: po angielsku puffin (dzieciaki mówią "pafinki") albo Papageitaucher (niem.)/papagaaiduiker (hol.), czyli nurek papuzi. Nie mieliśmy teleobiektywu, a bliżej nie mogliśmy się podkraść, żeby ich nie spłoszyć. Siedzieliśmy sobie ukryci w trawach i patrzyliśmy długo na życie kolektywu. Piękne, prawda?







Północ Islandii zaskoczyła mnie. Przede wszystkim nie było tam specjalnie "arktycznie". Okazało się, że lato jest ciepłe i łagodne - to właśnie dzięki temu można tam wspaniale obserwować wieloryby. Lipcowe słońce wywołuje silny wzrost planktonu będącego ich pożywieniem. Ponadto ta część wyspy jest wyjątkowo zielona, chociaż oczywiście i tam są imponujące tereny wulkaniczne. To właśnie o nich będzie kolejny post. 







6 komentarzy:

  1. Kolejna klubowiczka na Islandii :) super

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że na tak krótko. Ale nie każdy może tam mieszkać... A jak Tobie się mieszka? :)

      Usuń
  2. Zdjęcia niesamowite jak z magazynu o pięknie naszej planety. Ciekawe rzeczy stworzyła natura. A spotkanie z wielorybem to pewnie coś wyjątkowego i nie każdy ma okazje. Dla dzieci to wielka przygoda. Zgadza się, to był piekny prezent urodzinowy dla Misi. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Też nam się tak wydawało z tym prezentem i rzeczywiście było wspaniale pooglądać olbrzyma. :)

      Usuń
  3. ale cudnie, piękne zdjęcia Gosiu! Islandia to moje marzenie, niestety całkiem mi tam nie po drodze, ale chociaż tutaj nacieszyłam oko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magda! Mało komu tam po drodze, ale jednak warto. Nie skreślaj z listy. Życzę Ci, żeby się w końcu udało. :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...