3 lutego 2014

Naucz się uczyć, czyli kwintesencja holenderskiej szkoły

W ostatnim poście na temat mindmappingu obiecałam kontynuację dotyczącą zalet holenderskiej szkoły. I voila! Szkoła w Holandii jest zupełnie inna niż w Polsce. I to już chyba jest duża zaleta. Na razie mam doświadczenia tylko ze szkołą podstawową i to na dodatek tylko jedną. Ale ponieważ zanim ją wybrałam, odwiedziłam kilka różnych, więc mam podstawy twierdzić, że nie ona jedna jest taka, jaką opisuję.

Po pierwsze, szkoła stara się uczniów do siebie nie zniechęcić. Nauka jest zorganizowana tak, żeby było dużo fun'u. Jakoś to działa, bo nigdy jeszcze nie zdarzył się nam dzień, w którym ktoś odmówiłby współpracy, jeśli o szkołę chodzi. Wręcz przeciwnie, 2 razy zdarzyło mi się usilnie namawiać dzieci, żeby pozostały w dom z powodu choroby. Ale się nie dało, bo "mam dziś nowy workshop, nie chcę go stracić". 


Po drugie, szkoła jest niesamowicie zaawansowana technologicznie. Ja wprawdzie nie jestem do tego całkowicie przekonana (prawdziwa niemiecka matka - jak najmniej kompa, tv itp.), ale dzieciom to jak najbardziej odpowiada. I jest o tyle ekologiczne, że papieru mało się zużywa. W każdej klasie digibord, czyli e-tablica - można na niej wyświetlać podręcznik, który jest oczywiście interaktywny, można też pisać, a notatki z lekcji potem zachować i przesłać uczniom. Poza tym korytarze pełne komputerów, na których dzieciaki po kolei pracują. 


Ale z mojego punktu widzenia najistotniejszy jest program. Główna idea: jak najmniej nauki na pamięć - właściwie tylko mapa. Za to naucza się sposobów uczenia i zdobywania informacji. Dzięki temu holenderskie dzieci nie mają może szerokiej wiedzy o świecie w takim sensie w jakim pojmujemy to w Polsce, za to potrafią sobie poradzić w życiu. Po pierwsze i najważniejsze: umieją zadawać pytania. I nie wstydzą się. Po drugie, nie mają oporów przed występowaniem na forum, przed publicznym przedstawianiem swojej pracy. Po trzecie, umieją pracować w grupach. Po czwarte, potrafią same siebie ocenić, spojrzeć realistycznie i krytycznie (chociaż przyznaję, często zbyt optymistycznie) na swoją pracę. 


W tzw. bovenbouw, czyli trzech najwyższych klasach podstawówki, najważniejszą częścią nauki są tzw. studievaardigheden, czyli umiejętności uczenia. W tym zakresie dzieci uczą się korzystać ze źródeł oraz porządkować informacje na różne sposoby - w formie tabel, wykresów, grafik. A także czytać mapy. Dzięki temu rozumieją potem rozmaite ulotki, broszury oraz graficzne formy prezentacji danych w prasie czy wiadomościach telewizyjnych. Umieją same znaleźć połączenia kolejowe w necie i rozumieją informacje na kolejowych wyświetlaczach. Innymi słowy: kończąc szkołę holenderskie dziecko może nie wiedzieć kim była Joanna d'Arc, nad jaką rzeką leży Paryż ani kiedy rządził Napoleon, ale na pewno poradzi sobie z zaplanowaniem weekendowego wypadu do Paryża.



Skorzystaj ze wszystkich atrakcji i nie zgub się w parku rozrywki, czyli nauka korzystania ze źródeł informacji (słownik, encyklopedia, broszury, internet).


Spotkaj się z przyjaciółką na sobotnich zakupach w Amsterdamie, czyli jak czytać rozkłady kolejowe i lotnicze oraz planować podróże.
Umiejętności zdobywania informacji są związane oczywiście z czytaniem. I tu drugi filar holenderskiej edukacji: czytanie ze zrozumieniem, czyli begrijpend lezen. No właśnie, czyta się albo dla przyjemności - dlatego nie ma żadnej listy lektur obowiązkowych; dzieci same wybierają książki, które chcą czytać w szkole, a potem o nich opowiadają na lekcji albo recenzują pisemnie - albo dla zdobycia informacji. Stąd częste ćwiczenia w wyciąganiu danych z tekstu. Najczęściej w formie tzw. nieuwsbegrip, czyli zrozumienia wiadomości. Co najmniej 2 razy w tygodniu począwszy od klasy V (polska klasa III) czytane są teksty dotyczące aktualnych wydarzeń. Mogą być rozmaite: czasem dotyczą genezy jakiegoś święta, czasem rocznicy historycznej albo aktualnych wiadomości ze świata. Ostatnio na przykład wojny w Syrii, problemów Ukrainy, wcześniej śmierci Mandeli. Czyli całkiem poważne tematy, jak na dziesięciolatki. Podobnie jak w telewizyjnym jeugdjournal (wiadomości dla dzieci, odpowiednik niemieckiego logo), przedstawione są obiektywnie, bez zajmowania stanowiska. Dla urozmaicenia bywają tematy lżejsze od politycznych, np. dotyczące ekologii, narodzin rzadkiego zwierzaka w zoo, odkrycia kości mamuta, czy 150 rocznicy wyprodukowania pierwszych dżinsów. I znowu mamy 3 w jednym: czytanie, interpretacja informacji, a jako bonus orientacja w ważnych dla świata wydarzeniach. 


Ćwiczenia z czytania ze zrozumieniem w formie nieuwsbegrip, komentarza do bieżących wydarzeń.

Niekiedy dopadają mnie wątpliwości, czy ten system jest odpowiedni dla każdego dziecka. Czy każde jest od początku wystarczająco odpowiedzialne, samodzielne i obowiązkowe, by mu sprostać. Na co dzień wydaje się, że tak. Ale jeśli przyjrzymy się efektom, zauważymy, że spora część społeczeństwa rzeczywiście wychodząc ze szkoły ma tylko imiejętności pozwalające na radzenie sobie w codziennym życiu, ale niekoniecznie nawet w pracy. Z drugiej strony pewien odsetek to osoby niewiarygodnie kreatywne - i to one odpowiadają wyjątkową innowacyjność kraju i szybki rozwój nowych technologii. Cóż, mam nadzieję, że moje dzieci będą należały do tej drugiej grupy... 

Mnie taki system nauczania podoba mi się dużo bardziej od tradycyjnego.  Więc na zakończenie bardzo ciekawe spojrzenie na współczesną edukację - z dedykacją dla polskiej i niemieckiej pani minister edukacji:




5 komentarzy:

  1. wow! ja z checia bym do takiej szkoly poszla ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie Ty jedna, Marcin poszedł dziś mimo z zapalenia ucha...

      Usuń
    2. I rzeczywiście było po co: dziś po raz pierwszy miał nieuwsbegrip. Wcześnie, bo jest dopiero w klasie 4, gdzie większość stanowią siedmiolatki. Temat superważny: Justin Bieber gaat het niet goed (w wolnym tłumaczeniu: Justin Bieber ma kłopoty).

      Usuń
  2. Ten system podoba mi się znacznie bardziej niż polskie zakuwanie na pamięć. I może rzeczywiście jest dla jednych trudniejszy, ale w Polsce dzieciaki też mają przecież różny potencjał uczenia się. Stąd tutaj podział na MAVO, HAVO i VWO. Przynajmniej nie ma potem w średniej szkole tak ogromnych różnic w przyswajaniu wiedzy i poziomie uczniów z jednej klasy.
    Zauważyłam, że do czytania ze zrozumieniem przykładali ogromną wagę nawet na moim kursie językowym. Nie było ważne, żeby zrozumieć, czy nawet przeczytać calusieńki tekst, a zwyczajnie znaleźć konkretne informacje odpowiadajace na pytanie ;) Bardzo pragmatyczne podejście i jakby nie patrzeć, bardzo słuszne.
    Kwestia lektur mnie ostatnio zafascynowała. Postanowiłam sobie przeczytać po holendersku 3 ksiażki z listy lektur obowiązkowych ze szkoły średniej i tu niespodzianka... jaka lista? Maurycy mi musiał tłumaczyć, że jakaś tam lista niby jest (nawet ją znalazłam http://www.scholieren.com/boeken/literatuurlijst?literatuurlijst_p=2), ale jest tak ogromna i różnorodna, że każdy znajdzie coś dla siebie. I czyta to co chce, kiedy chce. Ahh czyż to nie wspaniałe podejście? Choć bardzo lubię czytać, to przyznam się, że w liceum mało którą lekturę w rzeczywistości przeczytałam. Tematyka tam bardzo mi nie podchodziła, że nie mogłam przez nie przebrnąć... A mogłoby być o tyle przyjemniej i efektywniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to było całkiem ciekawe na kursie - pytania do tekstów były zawsze skomplikowane i podchwytliwe. Na egzaminie zresztą też.
      Obejrzałam tę listę. Dość wyczerpująca. Ja chciałam już dawno poznać holenderską literaturę i podpytywałam wiele osób o to, co warto czytać. Ale prawie wszyscy odpowiadali, że w sumie to holenderska literatura wąska jest i sami jej nie czytali, nawet w szkole. Na moim kursie był kiedyś temat związany z kulturą i w podręczniku była podobna lista - tylko sporo krótsza. W skrócie: Harry Mulisch, Hella Haase, Tessa de Loo. Też postanowiłam co nieco poczytać. Do tej pory udało mi się 2 sztuki, ale nie było łatwo. Mam nadzieję, że zrobię postępy.

      Tak w ogóle to uważam, że absolwentom szkół średnich nie zaszkodziłoby trochę poznać klasykę literatury własnej i światowej. Ale z drugiej strony masz 100% racji, że brak listy lektur obowiązkowych ma pewną bardzo istotną zaletę: nie zniechęca młodzieży do czytania. A przecież to o to chodzi. Rezultat? W holenderskich bibliotekach tłumy. Ostatnio wypożyczyłam sobie książkę z dziwną nklejką "spronter". Dopiero w domu doczytałam, że to z listy pozycji najbardziej chodliwych i dlatego nie ma rezerwacji, nie ma przedłużania a oddać trzeba już po tygodniu. Ale chętnych nie brakuje.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...