5 lutego 2016

Do czego łatwo się przyzwyczaiłam w Holandii

Nie tak dawno w ramach projektu Klubu Polek popełniłam tekst o rzeczach, do których trudno się w Holandii przyzwyczaić. Jako że za marudzeniem na blogu nie przepadam dzisiaj odwracam temat. Bo są i takie rzeczy, do których przyzwyczaiłam się łatwo i szybko. Oczywiście dotyczy to wszystkiego, co jest w Holandii lepsze czy wygodniejsze niż gdzie indziej. Wiadomo, wszystko, co sprawia przyjemność albo ułatwia życie, szybko staje się drugą naturą. Po namyśle doszłam do wniosku, że przywykłam również bez problemu do wielu rzeczy, które są niewygodne i nieprzyjemne. Ale do rzeczy:

1. Rower jako podstawowy środek transportu
Cóż, rower to dla mnie nie pierwszyzna. Zresztą do dziś korzystam z niemieckiego roweru trekingowego - holenderki jeszcze się nie dorobiłam. Ale dopiero tu nauczyłam się jeździć głównie rowerem. Właściwie zawsze, o ile trasa (w jedną stronę) nie przekracza 15 km. I właściwie niezależnie od pogody (wyjątek robię w przypadku ślizgawicy). Więcej o rowerze tu i tu.




2. Dobre drogi

Sieć autostrad jest niesamowicie gęsta. Oczywiście korkują się i tak, bo kraj nieprzeciętnie zatłoczony. Ale zdecydowanie pozytywne aspekty to długie wjazdy i zjazdy, świetne oznaczenia i przede wszystkim oświetlenie najbardziej uczęszczanych dróg. Tak, z Amersfoort można w nocy dojechać do Amsterdamu, a nawet do Eindhoven (125 km) (prawie) w całości oświetloną drogą. Przywykłam do tej wygody tak szybko, że dopiero mój brat, którego wiozłam kiedyś z lotniska, zwrócił na fakt oświetlenia moją uwagę. Teraz zauważam różnicę jadąc do Niemiec - po przekroczeniu granicy nad autostradą natychmiast zapadają ciemności.


źródło

3. Fantastyczne muzea
O tym już pisałam nie raz (np. tu, tu i tu). Więc nie będę się rozwodzić. Pokochałam od razu i moje wymagania wzrosły znacząco. Na szczęście tendencję do podobnej organizacji muzeów widzę w ostatnich latach w Polsce - nowe muzea Trójmiasta zdecydowanie wpisują się w holenderski trend. Wspaniale.

4. Nieużywanie gotówki
Wprawdzie pieniądze są jeszcze w obiegu, ale coraz rzadziej z nich korzystamy. Dla mnie super, bo pamiętanie o pobraniu gotówki zawsze mnie przerastało. A więc płacenie wszędzie kartą to wybawienie. Tym bardziej, gdy automaty są skonstruowane w sposób uniemożliwiający "porwanie" karty. Wiele sklepów, nawet dużych sieciówek, nie przyjmuje banknotów o wartości powyżej 50 euro. Gotówki nie ma też... w oddziałach banków. Co ciekawe coraz częściej zdarza mi się napotkać sklep (najczęściej niewielki) z ogłoszeniem przy kasie "prosimy o płacenie kartą".




5. Wzrost
Holendrzy są najwyższym narodem na świecie. Również kobiety mają najczęściej powyżej 1,70. Niby statystycznie dość standardowo, ale i tak musiałam się przyzwyczaić, że niekiedy muszę patrzyć na kogoś mocno w górę z perspektywy moich 173 centymetrów. Nawet na dwunasto- czy trzynastoletnie dziewczynki. 

6. Męska elegancja
Holenderscy mężczyźni są bardzo zadbani. Shopping to narodowy sport, nie tylko kobiecy. Do legendy przeszło już ich zainteresowanie butami. Każdy facet ma co najmniej 10 par. I to nie byle jakich! Fryzura też zawsze wypasiona, ilość żelu zużywana w Holandii pewnie mogłaby obdzielić resztę Europy. No i fakt chyba najważniejszy - zgrabna sylwetka. Mięsień piwny jakoś tu nie wyrasta - nie wiem, czy to zasługa genetyki czy odpowiedniego trybu życia. Może sześciopakiem nie każdy może się pochwalić, ale brzuchy nie mogą przecież przesłaniać Holendrom widoku na ich błyszczące buty.





7. Darmowa kawa zawsze i wszędzie
W Holandii nie ma życia bez kawy. A więc nie ma instytucji bez kawy. Każde spotkanie zaczyna się od wspólnego wypicia filiżanki, włącznie z zebraniem rodziców w szkole. Wprawdzie kawa niekoniecznie jest dobra, bo często pochodzi z automatu, czyli jest zrobiona z ekstraktu a nie zaparzona, ale za to jest wszędzie. W klubie sportowym, bibliotece, u fryzjera, w warsztacie samochodowym, banku itd. W tym, o zgrozo!, u dentysty, w przychodni oraz szpitalu. Darmową kawą można się uraczyć nawet w supermarkecie. 



8. Przejmujący wilgotny chłód, zwłaszcza ciągnący po nogach
Okazało się, że wystarczy nosić przez okrągły rok kozaczki. Ewentualnie inne ciepłe buty. Na braku sezonowości można nieźle zaoszczędzić. A w domu wielkie kapcie z futerkiem albo polarem w środku, ewentualnie wełniane skarpety, albo tutejszym zwyczajem buty przez cały dzień.

9. Nieużywanie parasola
Pada prawie codziennie. I chociaż do tutejszej ponurej pogody jako takiej przyzwyczaić się nie można, można nauczyć się chodzić bez parasola. W końcu po co go otwierać, kiedy najprawdopodobniej zaraz padać przestanie i potem będę pół dnia mokry dźwigać. A na dodatek rozłożony parasol mógłby stać się ofiarą wiatru, czyli strata murowana. Lepiej nie. Co zmoknie, to wyschnie. Sorry, taki mamy klimat.

10. Holenderska żywność
Tak, znam te stereotypy: holenderska kuchnia jest do bani, warzywa bez smaku i w ogóle wszystko paskudne. Też tak uważałam. Ale zdanie częściowo zmieniłam. W Holandii też można znaleźć coś smacznego, a do reszty po prostu przywyknąć. W końcu po holendersku gotować nie muszę. Największe smakołyki to dla mnie oczywiście sery - smaczne, świetnej jakości i tanie - oraz ryby - nietanie, ale pierwszej świeżości (sklep z rybami jest w każdej wsi, na targu wybór jeszcze większy, a i te z supermarketu się nadają do spożycia w razie czego). Fajna jest też możliwość nabycia drogą kupna wszelkich warzyw i owoców obranych i pokrojonych. Pojedynczo albo w mieszankach. Ceny wprawdzie niebyt niskie, ale jaka wygoda. No i można kupić porcję na raz, więc się nie marnują. 




11. Dziwaczna architektura
Na początku miałam problem z zaakceptowaniem holenderskich niebanalnych architektonicznie domów. Wiele wydawało mi się zbyt udziwnionych. Ale po pół roku przestało mi to przeszkadzać, nawet polubiłam tę różnorodność. Nieco dłużej drażniło mnie stosowanie w budownictwie ciemnych materiałów, zwłaszcza klinkieru. Wszystkie domy wydawały mi się strasznie ponure. Dziś wiem, że to kwestia praktyczna - dzięki temu elewacje są bardziej odporne na wodę i zabrudzenia. A nasze osiedle z domami w 20 różnych stylach jest jak najbardziej oswojone (trochę zdjęć tu).




12. Strome schody
Czy dom stary czy nowy schody muszą być strome, wąskie i skrzypiące - problem opisałam tu. Właściwie nikt nie wie, dlaczego. Taka tradycja. Ja jak zwykle tłumaczę to skąpstwem. Myślałam, że nigdy tego nie strawię, a jednak. Temat wymiany schodów nie pojawia się w naszym domu od dawna.




13. Woda, wszędzie woda
Kanały w starym Amsterdamie albo Delft, kanały na polderach - ok, w końcu kojarzą się z Holandią. Ale żeby na każdej ulicy na nowiutkim osiedlu? To już była dla mnie przesada. Dziś uwielbiam obserwować poranne mgły nad wodą, a naszego domku nad kanałem nie zamieniłabym na inny. O kanałach będzie wkrótce.




14. Agresywna jazda
Generalnie nie lubię, ale zatłoczenie holenderskich dróg wymaga nie tylko jazdy w bliskich odległościach (o niemieckim nakazie jazdy w odległości co najmniej połowy wartości prędkości można zapomnieć), ale i bardzo szybkiej, gwałtownej zmiany pasów na autostradzie. Przy szybkości 120 km/h w dużym tłoku z początku wymaga to pewnej dozy odwagi. Potem już jest normalnie.

15. Dziwaczne zwyczaje na basenie
Wbrew pozorom wypady na basen nie są wcale holenderską specjalnością. Z wyjątkiem okresu wczesnodziecięcego, kiedy to każdy Holender zdobywa podstawowe umiejętności pływackie (o tym było tu). Potem już niekoniecznie. Wielbicieli pływania jest trochę: są znakomite kluby i wielu olimpijczyków. Ale rekreacja na basenie wcale nie jest tak popularna jak na przykład w Islandii czy Niemczech. Skąpstwo? Może i tak, bo basen przecież kosztuje. Co ciekawe większość basenów odkrytych zamyka na zawsze swoje podwoje, z braku chętnych - wypad na tzw. plażę (w naszej okolicy na trawiaste lub błotniste poletko nad jeziorem kosztuje przecież mniej (płaci się tylko za parkowanie auta, a kto ma bliżej może za friko rowerem pojechać). Infrastruktura basenowa wcale nie jest więc najlepsza. Generalnie baseny są jak dla mnie za małe i za brudne. No i prysznice! Są w przejściach z hali do szatni. Masakra, człowiek kąpie się na widoku, właściwie na środku. Stąd też prawie wszyscy robią to bardzo pobieżnie. Wchodzą pod strumień wody w kostiumie i natychmiast spod niego wychodzą. W tej sytuacji mydło i szampon są właściwie zbędne, a rozbierać się nie ma po co. Dla nas, przeprowadzonych z Niemiec, gdzie wizyty na basenie uskuteczniane są regularnie co tydzień, a wykąpać się można w spokoju na osobności, był to na początku mały szok. Ale co kraj, to obyczaj. Daje się żyć.

16. Chu...owe pozdrowienia
Każdy język ma swoje śmiesznostki. Holenderski łatwy nie jest. Ani przyjemny dla ucha. Może zdrabnianie wszystkich słów jest formą ocieplenia jego gardłowego brzmienia, więc po okresie buntu jakoś je zaakceptowałam. Chwilę zajęło mi też opanowanie szyderczego uśmiechu wpełzającego na moje usta po usłyszeniu dowolnego holenderskiego powitania. "Dobry" to "goed/goede". Wymawia się "hud/"hude", ale dla ułatwienia (chociaż właściwie nie wiem, co to ułatwia) wszyscy mówią niedbale "huje". A więc od rana wita nas "huje morhen", przechodzące później w "huje dah" i "huje awond". Polak musi się wykrzywić, prawda? Na szczęście w niektórych zwrotach używany jest inny przymiotnik, dzięki czemu przynajmniej przy pożegnaniu nie mamy wrażenia, że Holender nie życzy nam dobrze. 

A więc żegnam Was ciepło życząc "fajne dah" (Fijne dag)!

4 komentarze:

  1. Ja jeszcze do Twojej listy dodałabym sprawną pocztę i zakupy przez internet. Już się tak przyzwyczaiłam, że dziś kupuję, a jutro produkt jest w domu. Niedawno robiłam zakupy przez internet w Polsce i wtedy zdałam sobie jaka jest ogromna różnica.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja. Może nie zauważyłam, bo w Niemczech tak samo było. Trochę wolniej działały niektóre sklepy internetowe, ale wydaje mi się, że to się z roku na rok zmienia, więc pewnie teraz są takie same. Jak jest z kupowaniem w Polsce przez sieć, nie wiem. Może właśnie ta różnica w szybkości dostawy wynika z działania poczty - to wiem, że działa dziwnie. Nigdy nie wiem, kiedy wysłać kartki urodzinowe albo świąteczne, bo raz idą 2 dni a raz 12. Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Zgadzam sie prawie ze wszystkim, latwo i chetnie sie czlowiek do dobrego przyzwyczaja np. sciezek rowerowych, autostrad. Nie zgadzam sie jedynie , ze sa tak znakomicie oswietlone. Oj nie nie i jeszcze raz nie, tylko w newralgicznych punktach, jak czlowiek wjedzie bardziej na prowincje to wiele kilometrow ciemna autostrada musi pokonac.
    Skoryguje informacje, ze sklepy prosza o uzywanie kart. Klein bedrag, pinnen mag oznacza, ze nie prosbe o uzywanie karty, a zwyczajnie informacje, ze nawet najmniejsza kwote mozna zaplacic za pomoca karty. Zadne sklepy nie prosza o uzywanie karty, sklepom to raczej obojetne. Jedynie otwieraja jedna lub dwie kasy gdzie mozna tylko karta. To wszystko. Noi ta kawa zawsze i wszedzie i gratis. Piekne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oświetlenie autostrad porównałam z sytuacją w Niemczech i Polsce - dla mnie różnica kolosalna, tam nie są oświetlone w ogóle. Można przejechać z Amersfoort do Amsterdamu, Hagi czy Eindhoven prawie nie wyjeżdżając ze strefy oświetlonej. A że między Arnhem a niemiecką granicą, czy we Fryzji nie ma lamp, to nie problem - ruch jest tam ograniczony.
      A co do sklepów: nie miałam na myśli nalepek, które cytujesz, tylko kartki (bez oficjalnego tekstu) wiszące w sklepikach w moim mieście. Również kawiarnie w klubach sportowych (prawie wszystkie, jakie znam) nie przyjmują gotówki w ogóle - po to, żeby kasa zawsze była pusta (włamania się zdarzają, a transport gotówki jest drogi).
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...