![]() |
Wszyscy równi! "W teorii? Czy w praktyce?" |
Bo właśnie wczoraj chyba wyeliminowaliśmy kolejną. Ale właściwie nie o samym fakcie chciałam opowiedzieć, tylko o uprzedzeniach, jakimi kierują się niektórzy przedstawiciele szkół w rozmowie z nami. Stereotypowe traktowanie osób rozmaitych narodowości jest dość typowe. I oczywiście nie ogranicza się do Holandii. Wystarczy sobie poczytać dyskusje na dowolnym polskim forum dyskusyjnym, żeby się zorientować, jakie niesamowite uprzedzenia mają Polacy wobec przedstawicieli innych narodów. Nie dalej jak wczoraj natknęłam się na rozmaite komentarze antysemickie - to w związku z rocznicą wyzwolenia Auschwitz, antyniemieckie - z tej samej okazji, i jeszcze artykuł o niezbyt miłym traktowaniu w Polsce ukraińskich studentów, którzy ponoć "zabierają miejsca" studentom polskim.
![]() |
Po lewej: "Facet o arabskim wyglądzie. Pewnie terrorysta!" Po prawej: "Facet o włoskim wyglądzie. Pewnie mafiozo!" |
![]() |
"Co mówisz?! Prysznic?! Mieszkanie z prysznicem?!! ... To wy się myjecie?!" |
Więc niby czego tu się spodziewać po Holendrach. Jak wszędzie ludzie są różni, dlatego w żadnym razie nie chcę generalizować. Spotykam całą masę osób otwartych, ale i takich nieco ksenofobicznych. Poniżej opisane incydenty tak mnie poruszyły, bo akurat nauczyciele powinni być raczej otwarci na różnorodność. Teoria! W praktyce wyszło tak: Już w zeszłym roku podczas naszych częstych spotkań z nauczycielkami Misi musiałam wysłuchać kilkukrotnie, że mam zbyt duże ambicje, bo skoro dziecko ma kiepskie wyniki w testach, to widocznie nie ma możliwości i trzeba dać mu spokój. Więc dlaczego się upieramy przy decyzji, że Misia musi pójść do vwo (najwyższy poziom nauki), a przynajmniej do havo (średni poziom nauki). Po kolejnym tego typu tekście wygłoszonym przez 23-letnią nauczycielkę, która sama zresztą zaczęła przygodę ze szkołą średnią od nauki w mavo (najniższy poziom nauki teoretycznej), nie wytrzymałam. I z czarującym uśmiechem poinformowałam ją, że zdania nie zmienię, chociaż oczywiście cenię jej profesjonalną opinię. W końcu to ona jest specjalistką od pedagogiki, a ja zupełną dyletantką, bo nigdy nie pracowałam z dziećmi (to nie do końca prawda, bo kilka lat dawałam korepetycje i jeszcze udało mi się nauczyć dwie dziewczynki w podobnym wieku angielskiego na poziomie B1), tylko zawsze z dorosłymi. Bo ja nie jestem wykwalifikowaną nauczycielką, tylko prostym wykładowcą uniwersyteckim. Pani zamarła, po czym poprosiła o powtórzenie kwestii. A kiedy odzyskała mowę stwierdziła: "Aaa, teraz rozumiem, dlaczego się tak upierasz przy lepszej szkole". Taa... Od tego dnia współpraca układała się wspaniale. Szybciutko wyznaczono termin kolejnej rozmowy w towarzystwie jej szefa i wkrótce doszliśmy do porozumienia, które do tej pory jest przestrzegane. W ubiegłym tygodniu otrzymaliśmy już zupełnie oficjalną wiadomość, że schooladvies (czyli rekomendacja) Misi będzie brzmiała havo/vwo, co pozwoli jej na naukę w klasie przejściowej i podjęcie ostatecznej decyzji po roku w szkole średniej.
Tymczasem wybraliśmy się na onderwijsmarkt, czyli targi oświatowe, gdzie prezentowały się wszystkie szkoły z okolicy. I tam spotkaliśmy się po raz kolejny z podobnymi uprzedzeniami. O ile jedni nauczyciele traktowali nas poważnie i przed jakimikolwiek osądami wypytywali o sytuację i rekomendację, o tyle niektórzy słysząc obcy akcent i hasło "jesteśmy z zagranicy" od razu zakładali, że Misia musi pójść do mavo. Podobna sytuacja powtórzyła się wczoraj na zebraniu informacyjnym w jednej ze szkół. Po prezentacji zagadnęliśmy kierownika klas pierwszych o możliwość spokojnej rozmowy. A on od razu potraktował nas z góry. Zaczął od tego, że część szkół zawyża rekomendacje, więc wcale nie wiadomo, czy Misia poradzi sobie na poziomie havo/vwo. Ale niestety w związku ze zmianą przepisów rekrutacyjnych musi przyjąć każdego ucznia na podstawie takiej opinii. Biedak! Kiedyś mógł się nią nie przejmować i wziąć pod uwagę jedynie wynik pojedynczego testu kompetencyjnego... Potem płynnie przeszedł do tego, że właściwie nie ma o czym rozmawiać, bo to się okaże we wrześniu, czy Misia przejdzie przez pierwsze testy, a jak nie, to będzie potrzebowała lekcji wyrównawczych. 7,50 za godzinę i nie ma problemu. W końcu powiedział, że mają już 2 uczniów z Polski i wymienił nazwiska pytając, czy ich znamy. Jasne, w naszym mieście mieszka jedyne 150 tysięcy ludzi, w tym kilkuset jak nie kilka tysięcy Polaków ! Mąż chciał już zakończyć tę przyjemną rozmowę, ale jeszcze poprosiliśmy pana o wizytówkę. Pan wymruczał, że musi poszukać i oddalił się na minutę. W tym czasie doznał chyba jakiegoś olśnienia - prawdopodobnie podpadła mu nasza znajomość holenderskiego nie całkiem pasująca do jego wyobrażeń, bo po powrocie zaczął zadawać kolejne pytania w holenderskim stylu. A właściwie to z jakiego miasta się przeprowadziliśmy? A ze Stuttgartu. A właściwie to dlaczego porzuciliśmy to piękne miejsce? A dla lepszego stanowiska w Holandii. A jakiego? A właściwie co za zawody mamy? No i po paru odpowiedziach ... zrobił się niesamowicie milutki. Od tego momentu rekomendacja Misi przestała być zawyżona, ustalenie terminu spotkania dopasowanego do naszych zajęć stało się możliwe, a szkoła zaczęła być jak najbardziej odpowiednia dla Misi. Pan kierownik wyraził głęboką nadzieję, że spodoba się jej na tyle, żeby ją wybrała, bo oczywiście zostanie powitana z radością.
Tylko czy my chcemy, żeby Misia chodziła do szkoły, w której nauczyciele oceniają ucznia już na wejściu i to tylko na podstawie jego pochodzenia? Szczerze mówiąc mam nadzieję, że Misia wybierze zupełnie inną szkołę.