19 maja 2013

Szkoła a zdrowe odżywianie

Zanim przeprowadziłam się do Holandii wydawało mi się, że Holendrzy odżywiają się bardzo zdrowo. Przede wszystkim piją dużo mleka - sami twierdzą, że stąd ich wysoki wzrost. Poza tym jedzą dużo warzyw - to chyba wrażenie wywołane przez rozległe ściany chłodni ze świeżymi warzywami w tutejszych supermarketach i film "Dziewczyna z perłowym kolczykiem". Jest taka sugestywna scena na samym początku, mająca pokazać biedę w rodzinnym domu Griet, ale i jej kreatywne i artystyczne podejście do życia: Griet przygotowuje kolację, cienko krojąc i układając na wielkim talerzu  surowe jarzyny. Dodajmy do tego jeszcze dużo ryb i owoców morza i mamy całkiem zdrową dietę.



"Girl with a pearl earring": Griet kroi warzywa. Jak szkoda, że nigdzie nie można znaleźć kadru, na którym widać dokładnie, jak  układa je na talerzu!



Niestety, tylko w wyobraźni. Nie chciałabym oczywiście generalizować - jest sporo ludzi, którzy zdrowo się odżywiają. Ale niestety, jak chyba wszędzie na świecie, spora część społeczeństwa ulega fast-foodowi. A zwłaszcza jego najmłodsza część. W okolicach południa w naszym centrum handlowym można spotkać grupki młodzieży z pobliskiej szkoły średniej, które spożywają na świeżym powietrzu lunch, złożony głównie z chipsów i napojów energetycznych. Jasne, to taki wiek, kiedy rodzice nie mają już na potomnestwo wielkiego wpływu. Ale czemu maluchy chodzą obwieszone słodyczami? Na lekcję pływania zawsze któś przyniesie torebkę cukierków, żeby miło poczęstować kolegów - no, dobra, woda wyciąga cukier, pobasenie glukoza spada i trzeba ją uzupełnić. Niestety, ostoją słodyczy jest też szkola. Część dzieci ma oczywiście na śniadanie i lunch kanapki, a nawet jabłka. Ale wiele przynosi tylko krakersy lub wafle ryżowe,a nawet (o zgrozo!) chipsy. No i obowiązkowo na "deser" (po śniadaniu??) paczuszkę ciasteczek. Do tego do picia soczki w kartonikach (tutejsze zawsze z dodatkiem cukru oraz aromatem), kakao albo tutejszą specjalność - kolorowe słodzone i aromatyzowane mleko "owocowe". Nasza szkoła nzupełnie z tym nie walczy. W czasie szkolnych imprez dzieci dostają słodkie rodzynkowe bułeczki, a do picia te same napoje. Istnieje wprawdzie tzw. dzień owocowy, czyli 1 (słownie: jeden) dzień w tygodniu, kiedy uczniowie powinni jeść owoce i warzywa, ale sporo rodziców się tym nie przejmuje. Owoc dokłada się więc tylko do standardowego wyposażenia, często nie rezygnując z ciastek. Nauczycielki, wychodząc z założenia, że skoro rodzic dał słodycze, to pozwolił je zjeść, zgadzają się na spożywanie ciasteczek w tym dniu, z tym że po uprzednim zjedzeniu owoca. O warzywach szkoda gadać. Wypytywani rodzice mówią: my Holendrzy jemy dużo chleba, a warzywa są przecież na kolację. Nie wszyscy, oczywiście i na szczęście - znam i takie rodziny, gdzie każdego dnia dzieci dostają jedną jedyną słodką rzecz - szacunek.



Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, czy to nie pewien paradoks. Warzywa (marchew, buraki, kapusta) to przecież tutejsza tradycja. No i o zdrowym stylu życia też wszyscy mówią. Po osiedlu nieustannie biegają joggerzy, fitness-club pęka w szwach w poniedziałki rano, wszędzie reklamy trenerów osobistych i programów odchudzających...

A te słodycze? Ach, gdzie te czasy, gdy moje dzieciaki zabierały do przedszokola i szkoły pomirorki, ogórka i paprykę. Tak, tak, w Niemczech słodycze w szkołach są zabronione (i konsekwentnie zwalczane). W każdym roku szkolnym 2 tygodnie poświęcano na naukę zdrowego żywienia - z udziałem dietetyka i zajęciami praktycznymi (wspaniały przykład skutecznej indoktrynacji). A dzieci od urodzenia uczone były pić wodę lub Apfelschorle (sok jabłkowy z wodą gazowaną 1:3). Teraz Misia i Marcin też dostają 2 razy w tygodniu do szkoły po ciasteczku, bo jak nie miały, to koledzy odłamywali po kawałku swoich tym biedakom, co mają mamę-wariatkę.

Na szczęście ostatnio pojawiło się światełko w tunelu. A nawet 2. Po pierwsze, po owocowej akcji sponsorowanej przez Komisję Europejską szkoła postanowiła zwiększyć (o 100%!) liczbę dni owocowych. Czyli teraz aż 2 razy w tygodniu dzieci MUSZĄ zjeść owoce. Po drugie, pojawiła się wspaniała inicjatywa związana z coroczną tradycją Avond4daagse. To fajna impreza (wkrótce napiszę o niej więcej), odbywająca się w wielu miejscowościach w 4 kolejne czerwcowe wieczory. Polega na gromadnym kilkugodzinnym wędrowaniu po okolicy. Udział biorą wszyscy chętni mieszkańcy i całe szkoły. Zwyczajowo ostatniego dnia dzieci, które wytrzymały do końca zostają obdarowane słodkimi naszyjnikami i torebkami pełnymi łakoci. W tym roku jedna z organizacji prozdrowotnych i władze naszego miasta proponują słodycze zastąpić czymś zdrowszym (warzywa, owoce) albo nawet niejadalny (drobny upominek), a słodkie napoje rozdawane podczas imprezy wodą. Ciekawe, czy nowa świecka tradycja się przyjmie?

12 komentarzy:

  1. A czy wsrod dzieci holenderskich czy niemieckich wystepuje otylosc?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciężko mi ocenić. Ja postrzegam i jedne i drugie jako szczupłe, ale to oczywiście tylko moje subiektywne wrażenie. Dzieci holenderskie są często sporo wyższe od niemieckich rówieśników, co też wpływa nieco na ocenę. Tu i tu widuję niekiedy dzieci z nadwagą, niewiele i może dlatego rzucają się w oczy. W Niemczech w moim otoczeniu nadwaga była ewidentnie skorelowana z pochodzeniem etnicznym - wydaje mi się, że to z kolei nie było w żaden sposób uwarunkowane genetycznie, tylko wiązało sie ze stylem życia. Po prostu niektórzy rodzice nie mają zwyczaju dużo z dziećmi wychodzić na dwór (zwłaszcza po to, żeby chodzić!), a chipsy przed telewizorem smakują najlepiej. Można by dodać jeszcze inne korelacje, ale nie chcę się zapędzić. Oficjalne statystyki przemawiają raczej na korzyść dzieci holenderskich. Holandia 2011: 11% dzieci i młodzieży miało nadwagę, a 2-3% było otyłych. Niemcy mało dokładnie: 10-20% z nadwagą, 7-8% otyłych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale w moim poście nie chodziło o wagę, tylko o przyzwyczajenia. Uważam to za paradoks, że w społeczeńtwie o zdrowej tradycji jedzenia, w którym dorośli dbają o swoje zdrowie, jest takie przyzwolenie na złe nawyki dietetyczne dzieci. Tak jakby rodzice uważali, że dzieciom nic nie zaszkodzi i o zdrowy styl życia można się będzie zatroszczyć później. Chociaż oczywiście trzeba też wziąć pod uwagę, że holenderskie dzieci (mimo niewielu godzin sportu w szkole) ruszają się dużo - jazda na rowerze w tym wymiarze (zawsze pod wiatr!) zdecydowanie zwiększa zapotrzebowanie na kalorie.

    OdpowiedzUsuń
  4. A moze roznica jest w definicji "zdrowe zywienie i zdrowe nawyki?". Moze dla Holendrow 2 razy w tygodniu slodycze do szkoly to wlasnie jest zdrowy nawyk, a nie zakazywanie dziecku spozywania slodyczy?
    Moze u Holendrow nie zauwaza sie zwiekszenia otylosci i dlatego trzymaja sie swoich zdrowych nawykow?
    Holendrzy uwazaja, ze ich slodycze sa najsmaczniejsze wiec zartujac sobie, ze jakby nagle dzieci zmniejszyly spozycie to ich firmy by padly:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dwa razy w tygodniu to moje dzieci zabierają słodycze do szkoły. Większośc ich kolegów z klasy (ale nie wszyscy) ma słodycze codziennie. I nie są to jedyne słodycze danego dnia. Ja też nie zakazuję dzieciom jeść słodyczy, jedynie ograniczam ten proceder.
      Niestety w Holandii, podobnie jak w Niemczech i Polsce (i chyba wszędzie), wyraźnie widać wzrost liczby osób (i dzieci) z nadwagą. Otyłość u dzieci to na szczęście wciąż problem marginalny.
      A co do smaku holenderskich słodyczy: o gustach trudno dyskutować, ja wolę polskie. Do holenderskich można by dodawać około 1/4 tego cukru, który w nich jest, i też byłyby wystarczająco słodkie. Ale co tam, innych tu nie ma.

      Usuń
    2. Czasem przebywam wsrod Holendrow i na poczatku ich postawa "masz prawo do wlasnego zdania ale nasze i tak jest najlepsze" troche mnie irytowala.
      I tylko dlatego zastanawiam sie nad ich definicja "zdrowego zywienia" bo moze maja ja inna niz reszta swiata. I moze po prostu dla nich przyczyna otylosci nie lezy w slodyczach albo maja wyznaczona porcje na tydzien ile moga zjesc? Tylko sie zastanawiam a jak bede miala okazje to sie dopytam o te jedzenie slodyczy:-) Ciekawy temat "zdrowe jedzenie w Holandii".
      Dla mnie slodycza nie maja narodowosci - moj zbior jest ograniczony - musza byc bezglutenowe i z Holandii przywiozlam sobie kilka nowych smakow bo w Polsce sa 2 firmy ktore maja takie slodycze:-) Smaki zna sie na pamiec:-)

      Usuń
  5. Jestem pod wrażeniem. W naszym pięknym kraju nikt w szkole nie pomyśli o tym co dzieci jedzą, jedynie co to stołówka, która serwuje "polską kuchnię". Odnośnie dostępności słodyczy to powszechne są przecież sklepiki szkolne gdzie wszelkie korporacyjne gówna są dostępne a jeśli nawet nie ma to można spotkać automaty ze słodyczami, soczkami, zupkami i sam nie wiem czym jeszcze. Także u nas jak ze wszystkim -liczy się tylko kasiorka, jak tu zabłysnąć u premiera czy czort wie z jakiego powodu nową reformą edukacji rozpieprzając bez sensu podstawówkę na dodatkowo gimnazjum, dodając dodatkowe egzaminy i stres dla dziecka, że nie wspomnę o asymilacji w nowym środowisku i pokonaniu tzw fali -no normalnie BRAWO właśnie przez to przechodzę i nikomu nie życzę, "kocham moją ojczyznę" i dziękuję Bogu za takich ludzi jak Ty, że mogę dowiedzieć się jak jest gdzie indziej, bo coraz bardziej chce mi się stąd odjechać w siną dal od tego burdelu i powszechnej antypatii... Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa pod moim adresem. Bo poza tym, to raczej gorzko. Ja bym się w sumie cieszyła ze stłówki - moje dzieciaki muszą aktualnie wytrzymywać na suchym do 15. Na szczęście automatów i sklepików z chłamem nie ma. Przynajmniej w podstawówkach (i tu i w Niemczech). W Niemczech niestety na mieście, np. na niektórych przystankach, stająautomaty ze słodyczami. Ale w naszej szkole był całkowity zakaz ich używania przed i po lekcjach. Usilnie proszono rodziców, żeby nie dawali dzieciakom kasy,a złapanie na kupowaniu słodyczy było karane. Również w świelicy. Tam w ogóle wszyscy się mocno tym tematem zajmują i cieszę się, że trend dotarł do Holandii. A w Polsce, no cóż... wciąż jeszcze ludzie mają inne problemy. Tu nie ma takiej pogoni za kasą, bo wszyscy mają na normalne życie. Również szkoły. W Holandii są głównie prywatne, nie moga więc marudzić, że im na coś nie wystarcza, bo rodzice przeniosa po prostu dzieci do innej. Co innego w Niemczech, tam też dużo się mówi o niedoinwestowaniu. Tylko że szkoły starają się zdobyć pieniądze nieco innymi sposobami niż wpuszczanie obych form na swój teren. Z reguły od rodziców - na różnych festynach i innych imprezach. Najprostszym sposobem jest sprzedaż ciast i kawy w trakcie imprezy, ale są i ciekawsze. W naszej byłej szkole np. dzieciaki z Hauptschule, czyli takiej szkoły średniej przygotowującej do zawodówek, założyły warsztat rowerowy - dochód na szkołę.
      Też słyszę o rozmaitych problemach w polskich szkołach i cieszę się, że nas ominą. Wyjazd wydaje się łatwym rozwiązaniem, ale trudno się na niego zdecydować...
      Pozdrawiam i życzę poodzenia i wytwałości!

      Usuń
  6. Witaj,
    wlasnie dodalam swoj komentarz pod Twym wpisem w 'Polityce' a propos sniadan.
    Mieszkam w Zaglebiu Ruhry i to co widze mnie przeraza. Ilosc grubych nastolatkow i doroslych jest porazajaca. Kiedy ostatnio bylam w Polsce pierwsza rzecz, ktora przykula moja uwage, to otaczajacy mnie 'normalnie' szczupli ludzie (pisze 'normalnie', bo Polacy nie sa ani jak patyczki, ani utuczeni).

    Jesli w Niemczech widzisz zgrabna dziewczyne, to w 8 na 10 przypadkow ma ona slowianskie korzenie. Niemki maja zwykle figure gruszki, ale nie mozna tym tlumaczyc otylosci.

    Druga grupa, ktora ma problemy z waga sa emigranci z Turcji. Co ciekawe glownie jest to pokolenie 40+. Dzieci sa szczuplejsze, aczkolwiek nie zawsze,co ciekawe to chlopcy czesciej maja nadwage. Zaskakuje mnie to o tyle, ze Turecka kuchnia jest bogata w warzywa, mimo obfitosci miesa. Mysle, ze tu pokutuje jednak jedzenie typu fast food (nawet kebab, ale bardziej tlusty od tego robionego w domu).

    Zastanawialam sie, gdzie tkwi przyczyna i sadze, ze zla dieta, to skutek nie tylko braku kontroli na tym, co jedza dzieci, ale tez ceny zdrowych produktow. Miasto, gdzie mieszkam ma bezrobocie na jednym z najwyszym w NRW poziomie i wielu rodzicow kupuje gotowe dania w Aldim czy Lidl, bo sa tanie, wystarczy je odgrzac w mikrofali. Nawet, jesli rodzice pracuja, szybkie dania nie wymagajace stania godziny na kuchnia, poprostu sa latwiejszym rozwiazaniem.

    Czasem mysle, ze przydalby sie tu program w stylu Jamiego Olivera, pokazujacego, ze mozna gotowac szybko, ale ze swiezych produktow i niekoniecznie wydawac majatek na skladniki.

    Twoje obserwacje w Holandii byly dla mnie zaskakujace, szczegolnie po wizytach na sobotnich targach w Venlo czy Wintersweg, gdze stragany uginaja sie pod ciezarem owocow i warzyw, no i te sledzie ;)

    Pozdrawiam
    Anglistka

    Ps. dziekuje za link do blogu, chyba bede tu czesciej zagladac, tematyka bardzo zacheca do komentowania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za długi komentarz. Jak widzę, mamy trochę odmienne wrażenia co do diety i (nad)wagi Niemców. Może to rzeczywiście wynika z regionu, w jakim żyjemy. Ja mieszkałam krótko w NRW, dłużej w północnej Bawarii i jeszcze dłużej w BW. Czyli raczej w zamożnych regionach, gdzie jeszcze dodatkowo ludzie mają więcej czasu i mniej stresu. Tam bardziej zwraca się uwagę na to, co się je, a styl życia jest raczej "slow". Wokół mnie większość ludzi podchodziła bardzo odpowiedzialnie do diety, również dzieci, i ruchu. No i gotowanie było też ważne. Choć oczywiście tradycyjna kuchnia szwabska do dietetycznych raczej nie należy, to dziś mało kto się jej mocno trzyma. A i szkoła/KiTas mocno dbają o zdrowe żywienie (chociaż akurat w Stuttgarcie mieliśmy wieczny konflikt w sprawie używania glutaminianu przez catering). W związku z tym wszystkim wokół mnie nie było wiele osób z poważną nadwagą czy otyłością. Nastolatki, podobnie jak dzieci, pozostawały raczej w normie.

      Ale zdecydowanie zgadzam się, co do problemu nadwagi w populacji tureckiej (oraz arabskiej). Ja widziałam problem nie tylko u dorosłych. Akurat sporo dzieci z sąsiedztwa było już też "dobrze odżywionych". Nie wiem, jaki wpływ miała na to sama dieta. Bo masz rację, że "prawdziwe" tureckie jedzenie jest pełne warzyw. Z drugiej strony rzeczywiście waga często koreluje z niedostatkami finansowymi. Ale zaobserwowałam, że tureckie dzieci rzadziej uprawiają sport. Zwłaszcza dziewczynki. Już nie mówię o nastolatkach, którym tatusiowie zabraniają, ale i młodszych dzieciach. Za to, jeśli nie wyjdą pobiegać sobie po podwórku, to siedzą całe popołudnie przed telewizorem...

      A w sprawie Holandii: no właśnie, warzyw i owoców jest tu dostatek. Uwielbiam robić zakupy na rynku (też coś o tym napisałam). Ale nie widzę, żeby Holendrzy jedli dużo owoców. W domach nie stoją na wierzchu naczynia z owocami, a dzieci nie przynoszą ich do szkoły. W wózkach z zakupami w supermarketach owoce to margines (tu o niebo chętniej niż w Niemczech kupuje się półprodukty). Z kolei warzywa jada się tylko wieczorem, do obiadu. Śniadanie i lunch pozostają pod znakiem kanapek z samym serem, ewentualnie wędliną, bez ogórka, pomidora, czy papryki. Dopiero na obiad jest sałata, albo częściej gotowane lub duszone warzywa. Mimo to ludzie wciąż jeszcze wyglądają zdrowo, nadwagę mają raczej tę związaną z wiekiem. Ale może to skutek codziennej jazdy na rowerze. W końcu to spory wysiłek, i kalorie można przy okazji spalić.

      Dzięki za miły komentarz. I zapraszam do dalszego czytania! Pozdrowienia!

      Usuń
  7. A w Polsce w szkole mojej córki jest tak: była akcja"Warzywa i owoce w szkole" , ale tylko w 1. semestrze, bo na drugi chyba kasy nie starczyło. maluchy dostawały poporcjowane warzywa i owoce, gotowe do zjedzenia, a czasem soki typu Kubuś (z cukrem, no trudno). Ale Hania przynosiła czasem ze szkoły i ze 4 porcje marchwi, bo dzieci nie jadły. Nie jadły też papryki i rzodkiewki (nie dziwię się, bo te warzywa jedzone "w pojedynkę" niekoniecznie muszą dzieciakom smakować), buraków nie dawali,a szkoda, bo słodkie:)
    Gdy Córka zaczęła chodzić do szkoły należałam do tych nielicznych, którzy dziecku dali tylko kanapkę i owoc, a bez słodyczy. Nie chciałam, żeby dziecko odbijało od reszty i w końcu daję słodkie, bo okazuje się, ze w klasie dzieci się wymieniają słodkościami. Więc Hania bierze słodycze w podwójnej dawce - dla siebie i dla koleżanki do wymiany. Trochę mnie to boli, ale pocieszam się, że daję małe dawki, np. 2 kostki czekolady.
    Największym problemem dla mnie jest zachowanie równowagi - na ile słodkiego pozwolić, a ile słodyczy stanowi już dawkę przesadną:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To trochę podobnie, prawda? U nas też znów była przez 2 miesiące akcja UE - to niby ma być taka zachęta, żeby dalej gminy same finansowały te owoce. Ale jakoś nie działa...
      I z tym wymienianiem słodyczy, to chyba nic się nie da zrobić, dlatego ja też 2 razy w tygodniu daję dyspens e i ciasteczko do szkoły.
      A co do jedzenia surowych warzyw: to kwestia przyzwyczajenia. Jak w szkole dzieciaki i tak mają własne jedzenie, niewiele da się osiągnąć. Inaczej jest w przedszkolu. Moje dzieci chodziły do niemieckiego przedszkola, gdzie wprawdzie też należało mieć pudełko z prowiantem, ale tylko na śniadanie. Obiad był "przedszkolny" i podwieczorek też. Ten właśnie podwieczorek był finansowany przez miasto i składał się wyłącznie z warzyw i owoców. Każdego dnia 2-3 rodzaje, pokrojone w małe kawałki. Czasem jabłka i banany, czasem gruszki i mandarynki, a czasem tylko ogórki i marchewka, albo kalarepka i papryka. I NIC WIĘCEJ. Dzieciaki szybko się orientowały, że pomiędzy obiadem o 12:00 a odebraniem przez mamę o 16:30 nic innego nie dostaną. I nawet te, które w domu nie chciały jeść warzyw, w przedszkolu jadły. I to nie jakiś tam mały kawałeczek. W końcu trzeba było się najeść. Pozdrowienia i zapraszam częściej!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...