Jestem z miasta... Z miasta w Polsce, czyli nie znam sąsiadów. Wielkie blokowiska z epoki realnego socjalizmu oraz brak czasu i pogoń za kasą z epoki realnego kapitalizmu zabiły w nas zwyczaj (oraz chęć) utrzymywania chociaż minimalnych sąsiedzkich kontaktów. Jeszcze tylko na wsi i w stosunkowo małych miejscowościach ludzie się znają i pozdrawiają na ulicy. Nie chcę generalizować, bo oczywiście są różni ludzie i różne miejsca, ale często pytając znajomych, czy mają fajnych sąsiadów, słyszę odpowiedź, że nie wiedzą, bo nie znają. Sytuacja wydaje się najgorsza w Warszawie, gdzie na dodatek jeszcze większość mieszkańców nowych apartamentowców, to przesiedleńcy (słoiki?), bez jakiegokolwiek towarzyskiego zaplecza w tym mieście (poza kolegami z korpo).
Ale są jeszcze miejsca na świecie, gdzie ludzie wciąż jeszcze mówią "Dzień dobry" do każdego przechodnia i urządzają pogaduchy na ulicy lub placu zabaw. Przyznaję, że ja też dopiero w Niemczech się tego nauczyłam. Pamiętam jak podczas jednej z pierwszych wizyt w naszej "wsi" mój tata wyszedł z nami na spacer. Przechadzkę co chwilę przerywało jakieś krótkie spotkanie, tata pytał o kolejną osobę, a po kilkunastu minutach stwierdził: Ty naprawdę ich wszystkich znasz? Ano, znałam. Oczywiście była to nieduża miejscowość. Po przeprowadzce do metropolii było jednak podobnie, mimo że w większym mieście zawsze jest bardziej anonimowo. Ale w obrębie naszego ok. 2-tysięcznego osiedla prawie wszyscy się znali. W Holandii mieszkamy na dużym, prawie 20-tysięcznym nowym osiedlu. I niestety, słowo "Dzień dobry" nie jest w powszechnym użyciu. Ale i tak powoli zaznajamiamy się z coraz większą liczbą mieszkańców.
A już na pewno znamy sąsiadów w naszej ulicy. Wszystkich. Nie za dobrze, ale z grubsza. Akurat tyle, żeby do każdego się uśmiechnąć i zamienić dwa słowa - zwykle o pogodzie. A raz (lub 2) w roku urządzić wspólnie sąsiedzką imprezę. Oczywiście po holendersku. Czyli nie spontanicznie, lecz w sposób zorganizowany. Jest komitet organizacyjny, który z minimum 2-miesięcznym wyprzedzeniem zarządza głosowanie w sprawie daty. Następnie przy pomocy długiej ankiety zbiera dane co do liczby uczestników, ich preferencji kulinarnych i zbiera pieniądze - zdecydowanie za duże moim skromnym zdaniem i niestety nie wiadomo, po co tak wcześnie. Potem organizuje namiot (prawopodobieństwo deszczu zawsze wynosi ponad 50%), stoły i krzesła, oraz dmuchany zamek-trampolinę dla dzieci. I oczywiście coś do picia i jedzenia. Jedzenie to może zbyt szumna nazwa, bo oczywiście poza bagietką, 2 sałatkami i kiełbaskami oraz nieśmiertelnym holenderskim kip sate (szaszłyczki z kurczaka plus sos orzechowy) niczego spodziewać się nie można. A co do napojów: każdy uczestnik musi również z dwumiesięcznym wyprzedzeniem wybrać JEDEN rodzaj napojów (na szczęście nikt nie sprawdza, czy na pewno pije to, co zamówił).

I w końcu przychodzi ten dzień. Dzień imprezy - u nas akurat w ostatni piątek. Przygotowania na dziedzińcu trwają od południa. Połowa sąsiadów płci męskiej wraca wcześniej z pracy i od razu zabiera się do roboty - usuwanie samochodów, rozstawianie namiotu, sprzętu do grilowania, nagłośnienia itd. Tymczasem panie siedzą przed domami i dyrygują pracą, a co jakiś czas przychodzą popatrzeć. Dzieciaki popędzają, żeby szybciej dmuchać trampolinę, a potem wylewają z siebie siódme poty skacząc przez kilka godzin. Nasze osiedlowe dziesięcioletnie Barbie urządzają pokaz tańca. I tak pół dnia.
A potem przychodzi wieczór i już można się bawić. Jedzenia starcza na jakąś godzinę (jestem jedyną osobą, która tego dnia wcześniej gotuje), alkoholu na szczęście na dłużej. I chociaż na co dzień kontakty mogą być powierzchowne, takie imprezy integrują ludzi. Czasem nawet za bardzo: tak się nasze sąsiadki tym razem rozluźniły, że nieopatrznie opowiedziały o swoich początkowych wrażeniach o sąsiadach. Na niektórych twarzach malowała się niezła konsternacja (niestety nie udało mi się tych min uwiecznić). Dopiero koło północy (bardzo późno jak na ten kraj) zaczęło się ziewanie, a po wyłączeniu oświetlenia w postaci bożonarodzeniowe lampek na dziedzińcu zrobiło się jakoś dziwnie ciemno. To złodziejskie podłączenie kilkunastu sprzętów do zbiorczego gniazdka na podwórku wywaliło korki - ale co tam, było fajnie, a firma od energii już za jakiś tydzień włączy prąd i może nawet znowu nie każe sobie płacić za naprawę ...